W dniach 15-16 sierpnia 2025r właściciel i szefowie Gwardii Opole zorganizowali w Opolu, szereg imprez związanych z jubileuszem (80 lat) opolskiego klubu piłki ręcznej. W historii rozgrywek 7-osobowych opolanie dwukrotnie sięgnęli po brąz Mistrzostw Polski, raz z trenerem E. Hylą i raz z R. Kuptelem. Zabrakło raz 3 sekund do finałów Pucharu Polski w 2018 roku. Na drodze Gwardii stanął wtedy m.in. Bartosz Jurecki, obecny trener Gwardii. W europejskich rozgrywkach w 2018r opolanie doszli do III rundy Pucharu EHF. , gdzie walczyli bardzo dzielnie.
W 2024 roku jubileusz 90-lecia obchodził Otmęt Krapkowice. W 2025 roku przypadła okrągła 80-ta rocznica powstania Gwardii Opole i zawodniczki Otmętu pojawiły się w Opolu, w meczu z Olimpem Grodków Masters zaingurowały dwudniowy jubileusz.
W spotkaniach i turnieju piłki ręcznej (zarówno obecnej Corotop Gwardii jak i meczu pokazowego) uczestniczyli byli zawodnicy, działacze, trenerzy a także kadra seniorów Orlen Superligi z trenerem B. Jureckim. Jubileusz powiązano z prezentacją w Stegu Arenie, składu na zbliżający się sezon 2025/26 oraz opolanie rozegrali dwa mecze towarzyskie: z Zagłębiem Lubin (wygrali 41:31) i Industrią Kielce, wicemistrzem Polski (porażka 25:36). Finałowy mecz sędziowali T. Okos, T. Łacny. Fot. poniżej Olimp Grodków Masters

Kibice mogli wraz z rodzinami, uczestniczyć bezpłatnie, w zabawach na placu przed halą, zobaczyć wystawę pucharów, zakupić pamiątki i zobaczyć rywalizację Karwiny - czeskiego zespołu ekstraligowego, Zagłębia Lubin, Industrii Kielce oraz gospodarzy, w walce o Puchar. Starsi kibice bez problemu rozpoznali dawnych zawodników i trenerów Gwardii Opole. W drugim dniu, pamiątkowej imprezy, na parkiecie pojawiły się dwa składy dawnej Gwardii z trenerami M. Jagielskim, S. Pakułą, R. Konfiszem i M. Nawrockim. Mecz "czerwonych" z "niebieskimi", sędziowany przez R. Klimkowicza i J.Szynklarza, obfitował w sztuczki, efektowne wrzutki (B. Jasiówka) a nawet "okrętkę przed rzutem" M. Piecha. Przy rzucie karnym, raz skutecznie bramki pilnowało dwóch bramkarzy :-) Prezentacja spikerska wraz z efektami świetlnymi przed meczem dorównała poziomowi Superligi. Poziom sportowy "starszych panów" porównywalny z I ligą. Trenerzy, taktycznie przygotowali zespoły podobnie, bo przez większość część meczu był remis, w końcówce niebiescy wyszli na jednobramkowe prowadzenie ale ...
tuż przed ostatnim gwizdkiem czerwoni wyrównali (jest film na FB) i mecz zakończył się wynikiem 19:19 (rozegrano 2x20 minut) Wszyscy wytrzymali kondycyjnie mecz, choć czerwoni wprowadzili zasadę, chcesz odpocząć, to zmiana dopiero, gdy zdobędziesz bramkę :-) Nagrodę MVP spotkania odebrał W. Knop
W pamiątkowych białych koszulkach na parkiecie pojawili się najstarsi byli zawodnicy opolskiego klubu (obecna starszyzna), którzy zostali uhonorowani, z rąk Prezydenta Opola A. Wiśniewskiego, medalami z okazji 80-lecia klubu. Na uroczystości mogliśmy spotkać m.in. A. Przywarę, R. Wasilewskiego, A. Woźnego, H. Mrowca, J.Chudzikiewicza, S. Pobisa, P. Mieszkowskiego, J. Rusina, J. i B. Jasiówkę, B. Gruntkowskiego, T. i M. Poliwodę (trzy pokolenia), R. Chylińskiego i wiele innych osób uwidocznionych na setkach pamiątkowych zdjęć (zobacz Instagram, Facebook, Galeria OZPR) i filmów. Fot. poniżej sportoweopole

Na zakończenie uroczystości, po zakończeniu rywalizacji sportowych, podczas minuty ciszy, spiker wyczytał nazwiska osób funkcyjnych, działaczy i trenerów gwardyjskich, którzy nie doczekali jubileuszu. Spotkanie towarzyskie zakończyło, dla większości zgromadzonych, sentymentalne, dwudniowe spotkanie. Fot. poniżej K.Hyla

Czytaj więcej: 80-lecie Gwardii Opole turniej, spotkania, imprezy
Artykuł ukazał się 6.07.2025r w Opolska360.pl Oryginał Z Janem Chudzikiewiczem wywiad przeprowadził Łukasz Baliński (publikacja za zgodą autora)
W sporcie naszego województwa kończy się pewna era. Po 31 latach sternikiem Opolskiego Związku Piłki Ręcznej przestał być Jan Chudzikiewicz, którego zastąpi teraz Tomasz Wróbel. Niemniej nadarza się okazja by powspominać z już „Honorowym Prezesem OZPR”
Łukasz Baliński: – 31 lat minęło, jak jeden dzień… Pomyślałby pan, kiedy zaczynał, że tyle tego będzie?
Jan Chudzikiewicz: – Oczywiście, że nie. Tym bardziej, że wtedy miałem 42 lata, teraz mam 73. Chyba ze wszystkich wojewódzkich związków szefowałem najdłużej bez przerwy. Długo był jeszcze prezes w Małopolsce, ale zmarł jakiś czas temu, a i tak trochę mu do mnie brakowało. W dodatku w wielu regionach widać zmianę pokoleniową, tak, jak właśnie dzieje się u nas.
– Duże wrażenie robi też to, że osiem kadencji to tyle samo wygranych wyborów. Jak to się robi?
– Jednej recepty ciężko wyszukać. Ale chyba nie ma co stwarzać sobie niepotrzebnie wrogów. Wszystko można załatwić drogą rozmowy, bezpośredniego kontaktu, a czasem spokojnej perswazji. Nie mścić się, nie obrażać, robić swoje i starać się popychać dyscyplinę do przodu, bez względu na to, jaka jest sytuacja. Bo najważniejszy dla mnie w tym wszystkim zawsze był sport. Dlatego chyba wszyscy się zorientowali, że nie ma co zmieniać na siłę, skoro jest osoba, która właściwie spełnia swoją funkcję i nie patrzy na swoje korzyści, a ważne jest dobro szczypiorniaka.
Może nie było kontrkandydatów, gdy okazywało się, że prezes OZPR nie jest na etacie i pełni swoją funkcję społecznie, tak, jak członkowie zarządu. Aby uniknąć niepotrzebnych komentarzy, gdy zostałem pierwszy raz prezesem Opolskiego Związku Piłki Ręcznej, zrezygnowałem z zarządu w Gwardii. Początkowo byłem też w Opolskiej Federacji Sportu. Moja działalność była intensywna, jeździłem od zebrania do zebrania, od zawodów do zawodów i z tego miejsca składam podziękowania dla żony, że ze mną wytrzymała przez ten czas (śmiech).
– Jak pan w ogóle trafił do piłki ręcznej?
Całe moje życie z nią jest związane. Pochodzę z Chrzanowa, gdzie od dziesiątego roku życia grałem w szczypiorniaka, byłem powoływany do kadry województwa krakowskiego, o co łatwo nie było. Tym bardziej, że miasto hali z prawdziwego zdarzenia nie posiadało. Po maturze trafiłem do Opola. Jednocześnie zacząłem studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej i grę w Gwardii. To był 1972 rok i występowałem w niej dobre 10 lat. Na boisku byłem dość uniwersalny. Trzeba było to odnajdowałem się na rozegraniu, skrzydle, kole. Dzieliłem boisko i szatnię z takimi znakomitymi zawodnikami, jak m. in. Władysław Fąfara, Antoni Przybecki, Gerard Sowada, Rainhold Urban, Ryszard Konfisz.
I też się od nich uczyłem nowego spojrzenia na handball, bo ten tutaj był nieco inny, bardziej siłowy, choćby rzut. A to się brało stąd, że sporo tych zawodników uprawiało wcześniej jego 11-osobową odmianę, gdzie mieli dalej do bramki. Gwardia wtedy balansowała miedzy elitą a jej zapleczem, zmieniali się też trenerzy. Aż w końcu uznałem ze idzie młodsza generacja zawodników i zrezygnowałem. To była ta ekipa, gdzie grali Piotr Czaczka, Jerzy Krzak, Henryk Mrowiec , Tomasz Paliwoda, Gerard Piechota, Robert Wasilewski. Zostałem jednak przy drużynie. Powierzono mi w klubie funkcję inspektora do spraw piłki ręcznej i organizacyjnych. I tak jakoś się w to wdrażałem…
– Trzeba było się „nakombinować”?
– Oj, bardzo. Pomagałem chłopakom w różnych sprawach, żeby mogli się skupić bardziej na grze. Załatwiałem wyżywienie, przejazdy, zakwaterowanie. Na mojej głowie był także sprzęt sportowy. Teraz to nie do pomyślenia, ale kiedyś dobrych butów nie dostawało się ot tak. Wszyscy już dość mieli biegania w tzw. pepegach, w których odparzały się stopy. Miałem trochę kontaktów w Otmęcie, w Wałbrzychu i przywoziłem specjalne obuwie sportowe. Do tego piłki, nie lakierowane, tylko zamszowe, które się bardzo dobrze trzymały ręki. Swoją drogą, za klejem też trzeba się było specjalnie najeździć. Po taki profesjonalny, nie do drzew, to aż do Czech (śmiech).
Gdy z kolei juniorzy Gwardii zdobywali mistrzostwo Polski, co działo się w Opolu, musiałem się zająć logistyką imprezy. A trzeba było zakwaterować parę ekip. Już nie pamiętam ile, ale potrzebowałem co najmniej 80 miejsc, bo zawodnicy plus sztab. Nie za bardzo było gdzie ich umieścić. Pojechałem do zaprzyjaźnionego szefa jednostki w Szczepanowicach, gdzie teraz jest kampus Politechniki. I jakoś przygotowaliśmy bodajże cztery sale. Choć jak drużyny to zobaczyły, to wszyscy chcieli wracać. Udało się to załagodzić, a jak wyjeżdżali, to jeszcze dziękowali, że to była dobra szkoła życia dla młodych.
– Wykazał się pan w działce organizacyjnej, więc gabinety stały otworem.
– Na początku lat 90. klub desygnował mnie do zarządu wojewódzkiego. Aż przyszły wybory w 1994 roku i namówiono mnie, żebym kandydował. Udało mi się przekonać delegatów i zostałem prezesem. Pracowałem z zasłużonymi działaczami. Ścieraliśmy się nieraz, bo każdy miał swój pomysł. Ale wszystko było z myślą o rozwoju szczypiorniaka. Pierwszym problemem, który zauważyłem, był brak statutu i osobowości prawnej związku. Swoją drogą, do dziś mam zeszyty z pierwszymi wyliczeniami – co, gdzie i na co przeznaczyć, wpisowe, kary… Dziś te kwoty wydają się śmieszne. Nasz związek podlegał pod makroregion śląski, a ja dążyłem do autonomii.
W 1995 albo 1996 roku zebrałem przedstawicieli około 15 klubów. Dzięki czemu mieliśmy już podstawy – osobowość prawną, mogliśmy wydawać komunikaty i zalecenia. To był pierwszy sukces – etap samodzielności OZPR-u. Później już zrobiono 16 województw z 49. W tym czasie sport rozwijał się pod kątem administracyjnym i to szło w dobrym kierunku. Urząd Marszałkowski w Opolu powołał Wojewódzką Federację Sportu, trochę wziął ją pod siebie i mieliśmy osobę, która obsługiwała lekkoatletykę, koszykówkę, siatkówkę i piłkę ręczną właśnie. Mieściliśmy się w jednym pomieszczeniu. Trudne, ale fajne czasy.
– Sam pan napisał w swoim pożegnaniu po wyborach, że ta prezesura była czasem wielu wzlotów i upadków. Co by pan wymienił po jednej stronie, a co po drugiej?
– Do sukcesów na początku mojej pracy na pewno należało to, że udało się wzmocnić piłkę młodzieżową. W Opolu, Grodkowie, Zawadzkiem, Brzegu. Kluby rywalizowały ze sobą, a dzięki temu, że istniały zespoły młodzieżowe, utrzymały się też niektóre seniorskie. To niełatwe, bo teraz trzeba grać na trzecim czy czwartym poziomie, a i tak podróżuje się na mecze po kilku województwach.
Niestety, dziś proporcje się odwróciły – mniej jest drużyn młodzieżowych, co bardzo utrudnia sensowne rozgrywki. Brakuje rywalizacji na poziomie wojewódzkim, jeśli w niektórych kategoriach są trzy zespoły. Gwardia Opole ma Akademię i przyciąga najlepszych chłopaków z regionu, ale przez to osłabia lokalne kluby. Te szkolą do poziomu młodzika, a potem zawodnicy odchodzą. Trenerzy z mniejszych ośrodków tracą efekty swojej pracy. Aczkolwiek to wzmacnia nasze zespoły na poziomie ogólnopolskim, gdzie ostatnio znowu były sukcesy Gwardii na arenie mistrzostw kraju. Niemniej, generalnie OZPR bardziej służy rozwojowi młodzieżowego sportu niż seniorskiego.
– Nie macie tak wiele wspólnego z seniorami jak np. Opolski Związek Piłki Nożnej…
– Można tak to ująć. Czasem wspomożemy drobnymi kwotami jakiś klub w potrzebie czy turniej towarzyski, typu Memoriał im. Zdzisława Zielonki w Grodkowie. I np. jeśli chodzi o plusy, to w jakiś sposób poczytuję sobie dużą pomoc w reaktywowaniu klubu w Komprachcicach. Podkreślam i na każdym kroku dziękuję tym działaczom, którzy faktycznie społecznie ciągną te kluby seniorskie, którzy ubiegają się i wydrapują te pieniądze potrzebne na start ich zespołu na trzecim czwartym szczeblu, wyjazdy, turnieje.
– W środowisku cały czas pokutuje poczucie, że polska piłka ręczna nie wykorzystała potencjału medali mundiali 2007 i 2009. Co pan na to?
– Zgadzam się. Chyba na nowo próbowano cos wymyślać, zamiast ulepszać to, co działo się przez parę lat poprzedzających te wydarzenia. Przekombinowano ze Szkołami Mistrzostwa Sportowego, które w siatkówce zdały egzamin, ale to wcale nie jest taka łatwa sprawa. Trzeba mieć odpowiednią bazę, czyli szkołę, internat, nauczycieli i trenerów. W pewnym momencie tych szkół było już za dużo i to był błąd. Jak zorientowano się w poszczególnych regionach, że posiadanie takiej placówki dawało możliwość zabierania najlepszych do siebie i jeszcze były z tego pieniądze ze związku, to wiadomo, że coraz więcej osób chciało w to „pójść”.
Na szczęście, ostatnio się zreflektowano i zdecydowano o zmniejszeniu ich liczby. Od września niektóre będą wygaszane. I do tych, które zostaną, rzeczywiście będą trafiać najlepsi, czyli będzie mocniejsza rywalizacja. Ale faktem jest, że ten złoty okres został przespany. Brakuje popularyzacji. Może akcje typu „Gramy w ręczną” czy „Kręcimy na piasku” coś zmienią.
– Co według pana jest kluczowe dla odbudowy piłki ręcznej w Polsce?
– Praca od podstaw. Kiedyś na małym terenie było kilka szkół, które ze sobą rywalizowały. Teraz to się odradza – w Zawadzkiem, w Grodkowie, Opolu, Brzegu Trzeba tylko zadbać o to, by dzieci zostały w danym klubie dłużej niż wieku do młodzika, żeby była rywalizacja w ligach wojewódzkich.
Czytaj więcej: Był prezesem ponad trzy dekady. „Nie mścić się, nie obrażać, tylko robić swoje”
Artykuł ukazał się w jednym z numerów Słowa Sportowego wydawnictwa Słowa Polskiego z Wrocławia z dnia 3.07.2025r (publikacja za zgodą autora Damiana Orłowicza)
Jako zawodnik przez lata dawał z siebie wszystko – na boisku, w szatni, w relacjach z kibicami. Dziś rozpoczyna nowy rozdział jako dyrektor sportowy Śląska Wrocław. W szczerej rozmowie Mateusz Jankowski wraca do najważniejszych momentów swojej przygody z piłką ręczną, magii drużyny i wyjątkowych więziach, które wykraczały daleko poza sport.
„Grałem trochę w piłkę nożną i siatkówkę, aż nagle pojawiła się piłka ręczna” – to jeden z cytatów z wywiadu z Tobą. Jak wyglądały początki kariery Mateusza Jankowskiego?
MATEUSZ JANKOWSKI: – To, że zacząłem trenować piłkę ręczną, było dużym zbiegiem okoliczności. Ponieważ mieszkałem na wsi pod Elblągiem, trudno było znaleźć jakieś ciekawe zajęcia. Przy okazji – serdecznie pozdrawiam mieszkańców Zalesia! W gimnazjum bardzo nalegałem na rodziców, żeby pozwolili mi trenować piłkę nożną. W końcu pojechałem na treningi do Pasłęka i praktycznie od razu trafiłem do składu. Dzięki dobrym warunkom fizycznym mogłem grać nawet w starszym roczniku. Moja przygoda z piłką nożną nie trwała jednak długo. W trakcie przerwy w rozgrywkach ligowych pojechałem ze szkołą na zawody piłki ręcznej. Po jednym z turniejów moja nauczycielka WF-u, pani Urszula Kamińska, zapytała, czy nie chciałbym spróbować swoich sił właśnie w piłce ręcznej, bo dostrzegła we mnie potencjał. Zgodziłem się – i w ciągu dwóch, może trzech dni, przeniosłem się do innej szkoły. Już po pierwszym treningu wiedziałem, że to była dobra decyzja. Od tego momentu rozpocząłem regularne treningi pod okiem trenera Grzegorza Czapli. To właśnie dzięki pani Kamińskiej i trenerowi Czapli jestem dzisiaj w tym miejscu.
Byłeś jednym z tych zawodników, którzy – w przeciwieństwie do wielu kolegów – zaczęli trenować dopiero w gimnazjum, gdy oni mieli już za sobą kilka lat treningów, często od czwartej klasy.
– Zgadza się. Byłem wysoki, ale miałem spore braki koordynacyjne, a to przecież bardzo ważny element w piłce ręcznej. Może moje umiejętności nie były dramatycznie słabe – w końcu wcześniej grałem w siatkówkę, próbowałem piłki nożnej, a wolny czas spędzałem głównie aktywnie, na świeżym powietrzu. Miałem w sobie coś, co bardzo mi pomogło – zawsze chciałem być pierwszy i wszystko robiłem na 100%. Nawet jeśli trening wydawał się nudny, to i tak biegłem pierwszy, chciałem zdobyć bramkę, pokazać się z jak najlepszej strony. Na początku wyglądało to dość chaotycznie, ale z czasem robiłem coraz większe postępy. Niestety, na początku trzeciej klasy gimnazjum złamałem najpierw jedną nogę, a potem drugą. To wykluczyło mnie z treningów na pół roku. Po powrocie jednak rozwijałem się bardzo szybko i dostałem powołanie do kadry juniorów młodszych oraz promocję do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku.
Pierwszym Twoim marzeniem było usłyszeć Mazurek Dąbrowskiego?
– Tak. W moim domu sport był zawsze obecny. Z tatą oglądaliśmy mecze siatkówki, koszykówki – wszystko, co tylko leciało. Niezależnie, czy grała reprezentacja Polski, polskie kluby, czy była to Liga Mistrzów – śledziliśmy każde spotkanie. Moim największym marzeniem było to, by kiedyś usłyszeć Mazurek Dąbrowskiego grany specjalnie dla mnie. I to marzenie spełniło się podczas finałów mistrzostw Polski młodzików w Zabrzu. Każdy z zawodników był wtedy podekscytowany, szczęśliwy – a ja się po prostu popłakałem. To był dla mnie moment absolutnie wyjątkowy. Niedługo później dostałem powołanie do kadry juniorów młodszych i od tego momentu nie opuściłem już żadnego zgrupowania aż do końca kadry młodzieżowej. Uważam to za swój osobisty sukces.
W trakcie kariery grałeś w klubach m.in. z Elbląga i Piotrkowa Trybunalskiego, ale Twoim drugim domem stała się Gwardia Opole. Co zadecydowało o tym, że spędziłeś tam aż 10 lat?
– Po ukończeniu Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku miałem sporo propozycji – m.in. z Puław i Olsztyna – ale zdecydowałem się wrócić właśnie do Elbląga. Wiedziałem, że tam po prostu będę grał i mógł się rozwijać. Warunki finansowe nie były atrakcyjne, ale wtedy to nie miało dla mnie znaczenia. Chciałem wrócić do swojego macierzystego klubu, z miasta, w którym zaczęła się moja przygoda z piłką ręczną. Po roku trafiłem do Focus-Park Kipera Piotrków Trybunalski. To był dla mnie ważny krok – graliśmy o medale, co było ogromnym wyróżnieniem, a ja dostawałem dużo minut na boisku. Potem grałem w Olsztynie, następnie w Puławach, a z Puław trafiłem właśnie do Gwardii Opole. Co ciekawe, kiedy odchodziłem z Azotów Puławy, Gwardia – wtedy mój nowy klub – w ostatniej kolejce sezonu spadła z Superligi. Ale jestem takim człowiekiem, że jeśli coś powiem, to tego się trzymam. Obiecałem, że tam zagram i dotrzymałem słowa – mimo że był to już poziom I ligi. Nie czułem się wówczas z tym dobrze, ale nie żałuję tej decyzji ani przez chwilę. Chciałem wypełnić ten kontrakt i tak też zrobiłem.
Na początku sytuacja w Gwardii Opole nie była łatwa – klub miał problemy organizacyjne i finansowe.
– Tak, sytuacja finansowa była naprawdę trudna. Zaległości były tak duże, że – podobnie jak inni zawodnicy – przez pół roku utrzymywaliśmy się z żoną wyłącznie z oszczędności. Ale to właśnie wtedy narodziło się coś wyjątkowego – bardzo silna więź w zespole, której doświadczyłem tylko raz w życiu. I to stało się fundamentem pod coś naprawdę wartościowego. Jak się później okazało – ten trudny początek przyniósł piękne rezultaty. W Opolu przeżyłem wiele wspaniałych chwil, poznałem fantastycznych ludzi. Ten czas zostanie ze mną do końca życia. Przez te dziesięć lat miałem wiele propozycji z innych klubów – niektóre dzwoniły do mnie co roku – ale nigdy nie dałem im nawet cienia szansy. Zawsze mówiłem wprost: nie ma takich pieniędzy, które skłoniłyby mnie do odejścia. Czułem się w Opolu naprawdę dobrze i chciałem tam zostać.
Byłeś także kapitanem Gwardii Opole. W trakcie przygotowań do tej rozmowy zapamiętałem Twoje słowa: „Zawsze stawiałem własne cele na drugim miejscu, a dobro zespołu – na pierwszym”.
– Tak właśnie było. Oczywiście, realizowałem się indywidualnie, ale zawsze najważniejszy był zespół. Starałem się pomagać chłopakom, wspierać ich, a także dbać o dobre relacje z trenerami, mediami czy zarządem – zawsze w imieniu drużyny, nigdy w swoim własnym. Taki po prostu mam charakter. Było wiele sytuacji, w których pomagałem kolegom z zespołu – i to nie tylko na boisku. Nawet dziś dostaję zaproszenia na śluby czy inne ważne wydarzenia od osób, z którymi kiedyś grałem. To bardzo miłe i daje poczucie, że te relacje były prawdziwe.
Jak na przestrzeni lat Twojej przygody z piłką ręczną zmieniła się szatnia? Czy młodzi zawodnicy mają dziś inne podejście do sportu?
– Myślę, że po prostu zmieniła się młodzież. Kiedyś było tak, że nikt nic nie miał i każdy musiał o wszystko walczyć. Teraz młodzi zawodnicy dostają praktycznie wszystko – i nie zawsze potrafią to właściwie wykorzystać. Kiedyś dużo więcej czasu spędzaliśmy razem jako zespół – nieważne były telefony, gry czy media społecznościowe. Wolny czas wykorzystywaliśmy wspólnie – na grilla, rozmowy, wspólne wyjścia. W Piotrkowie Trybunalskim potrafiliśmy spotykać się dwa, trzy razy w tygodniu – oglądaliśmy mecze, graliśmy na konsoli albo w darta. Jeździliśmy razem na ryby, a jak ktoś rzucił hasło: „idziemy na grzyby”, to zbierało się 15-20 osób. Teraz to trochę zanika. Mówi się, że każdy ma swoje życie, nie ma czasu – ale to tak naprawdę brak świadomości, że wspólne spędzanie czasu może zbudować fundament pod silną, zżytą drużynę. Nie mówię, że tak jest wszędzie, ale ten rozdźwięk widać coraz bardziej. Ja od zawsze, jeśli coś robiłem, to w pełni się angażowałem. Kiedy studiowałem dziennie na Politechnice Opolskiej, to mimo natłoku obowiązków znajdowałem czas dla kolegów z uczelni. Gdy szli na juwenalia – szedłem z nimi. Bo jeśli jestem w jakimś miejscu, to staram się być tam w stu procentach.
Muszę zapytać o studia – kilka lat temu, w programie Canal+, koledzy żartowali, że bardzo długo robiłeś licencjat.
–Tak, to prawda. Na początku zapisałem się na AWF w Gdańsku, ale po jednym semestrze przeniosłem się do Piotrkowa Trybunalskiego. Tam rozpocząłem studia na kierunku administracja publiczna i byłem na nich dwa lata – wszystko pozaliczałem, choć nie były to łatwe studia, zwłaszcza dzienne. Gdy przeniosłem się do Olsztyna, rozpocząłem naukę na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, ale różnice programowe były tak duże, że fizycznie nie dało się tego pogodzić z zawodowym graniem. Nikt nigdy nie ułatwiał mi tych studiów – nie miałem taryfy ulgowej, sam starałem się wszystko ogarnąć. Kolejna próba była w Puławach, ale dojazdy do Lublina stanowiły spory problem. Gdy pojawiła się oferta z Opola, rozpocząłem studia na kierunku wychowanie fizyczne na Politechnice Opolskiej – i mówiąc z perspektywy czasu, wszystko udało mi się skończyć w terminie. Uważam, że jeśli jest się na miejscu i ma się trochę chęci, to wszystko da się pogodzić.
Nigdy nie mówiłeś o swojej grze jako o „karierze”, raczej o przygodzie. Dlaczego?
Czytaj więcej: Wspomnienie 10 lat w Gwardii Opole Mateusza Jankowskiego
W Opolu 27 maja 2025r rozegrano w hali Stegu Arena XX memoriał imienia Jerzego Klempela.
Zawody zorganizowane przez Corotop Gwardię Opole zgromadziły drużyny szkolne ze szkół podstawowych miasta Opola. Końcowym zwycięzcą okazała się drużyna PSP nr 24 Opole.
Jednym z elementów sportowej imprezy było żłożenie kwiatów pod tablicą pamięci Jerzego Klempela przy ulicy Kowalskiej 2, gdzie licznie przybyli koledzy Jurka oraz Prezes Gwardii Opole, Prezes Opolskiego Związku Piłki Ręcznej, obecny trener seniorów Gwardii i przedstawiciele pierwszego zespołu Orlen Superligi.
W Stegu Arenie wystąpiło dziewięć zespołów szkolnych, każdy był zadowolony z wysokiego poziomu zaciętej sportowej rywalizacji. Uczestnicy otrzymali pamiątkowe koszulki z wizerunkiem Jerzego Klempela, dyplomy i medale. Współorganizatorem był Opolski Związek Piłki Ręcznej.
Do zobaczenia za rok ! Zdj. Gwardia


- Adam Malcher zakończył karierę bramkarza
- Zmarł Andrzej Kraśnicki były Prezes ZPRP i szef PKOL
- Odszedł Marek Brożek
- Historie zawodników trenerów sędziów
- Odeszła Basia Hernas
- Prof. Czerwiński uhonorowany
- Odszedł Henryk Zajączkowski
- KS Dąbrowa w żeńskiej II lidze
- Piłka ręczna w Opolu, historia nieznana
- Zmarł Paweł Malaka
